Followers

niedziela, 26 lipca 2015

[14] Koniec piekła

     Dziwny stan otępienia utrzymywał się do końca dnia. 
     Mimo że zaraz po wyjściu Harry’ego zabrała się do pracy – przeglądała dokumenty, zakreślała na czerwono podejrzane informacje i stawiała tak dużo znaków zapytania do niewyjaśnionych rzeczy, jak i wykrzykników przy czystych absurdach – wciąż nie mogła opędzić się od wspomnienia przyjemnego dotyku ust Marcusa na swoich wargach. Tak, po kilku godzinach pogodziła się z myślą, że choć był to zaledwie krótki, przelotny pocałunek, czuła dziwny niedosyt. I nie wiedziała, co bardziej na to wpłynęło – postać Marcusa czy świadomość, że krył się pod nią nikt inny jak Draco Malfoy, zbieg, którego ścigała. Gdyby ktoś z aurorów dowiedział się o tym, że kontaktowała się z nim i to tyle razy, dostałaby zwolnienie dyscyplinarne w trymiga. Wreszcie odłożyła czytane dokumenty na stojącą nieopodal szafkę, stwierdzając, że już więcej z tego i tak nie wyniesie. Potem zaczęła myśleć, ale już zgoła o nieco innych rzeczach.
     Draco Malfoy nigdy jej się nie podobał. Odkąd pamiętała, wydawał się jej raczej chuderlawy, a jego mysia twarz wykrzywiona w pogardzie i obrzydzeniu dla wszystkiego, co pełzało wokół niego – ludzi też – nie dodawała mu ani trochę uroku. Dopiero w wyższych klasach zaczynało z niego wyrastać coś, na czym można by na chwilę zawiesić oko, jednak to wciąż był Draco Malfoy – zapatrzony i jednocześnie zahukany przez ojca i Czarnego Pana, rozpieszczony nastolatek, dla którego oprócz czystej krwi i pieniędzy nic nie miało wartości. Jeżeli cokolwiek się w nim zmieniło, to najwyżej w trakcie wojny i tych czterech lat ucieczki, gdy nie mógł pozwolić sobie na arystokratyczne luksusy, do których był tak przyzwyczajony. Zastanawiała się więc, jak to z nim było.
     Potem doszła do wniosku, że właściwie nic o nim nie wiedziała. Nie lubiła niewiedzy, a w tym momencie Draco Malfoy prezentował się w jej głowie jako jeden wielki, czerwony znak zapytania pulsujący neonowym światłem. Kusił ją, a raczej to wszystko, co go otaczało – tajemniczość, mrok i echo ciągłej, niesprawiedliwej ucieczki przed tymi, którzy w jej mniemaniu powinni mu pomóc i to już dawno temu. Jeśli tylko mówił prawdę. Coś tutaj było nie tak. Tyle pytań bez odpowiedzi, tyle niewiadomych, tyle sprzeczności.
     - Przyznaj się, myślałaś o mnie cały dzień – usłyszała nieoczekiwanie niemal tuż obok swojego ucha.
     Drgnęła, zaskoczona, choć ostatnią rzeczą, jaką chciała, było okazanie zaskoczenia lub nawet odrobiny strachu tym nagłym, niespodziewanym wtargnięciem.
     - Chciałbyś.
     - Och, kochanie, nie zgrywaj się…
     Hermiona zamknęła trzymaną książkę z cichym klapnięciem, policzyła w myślach do trzech, a potem spojrzała na intruza. Twarz Marcusa była znów niebezpiecznie blisko jej, wykrzywiona w lekkim uśmiechu, który – choć nie chciała tego przyznać – trochę jej się podobał. Znów czuła niewygodny mętlik, bo nie wiedziała, czy działo się tak ze względu na powierzchowność tegoż uśmiechu, czy na to, co tak naprawdę kryło się pod nim.
     - Po co przyszedłeś? Jak się tutaj w ogóle dostałeś? Godziny odwiedzin już dawno minęły, panuje cisza nocna, a ja nie jestem żadnym stanie krytycznym, żebyś…
     Zdecydowany nacisk męskich warg szybko i skutecznie zdezorientował Hermionę na tyle, że na moment im uległa, jakby stęskniona  do takiej chwili. Wkrótce jednak przyszło opamiętanie i wyszarpnęła się, a gdyby była postacią z kreskówki, z jej uszu na pewno buchnęłaby w tym momencie para.
     - Ile ty potrafisz gadać. Już prawie o tym zapomniałem – wymamrotał Draco, wciąż blisko niej.
     - Nie całuj mnie więcej tak… tak… - wysyczała, marszcząc nos.
     - Jak?
     - Tak! Po prostu tak!
     - Tak? – spytał zaczepnie, znów się pochylając i, równie prędko, co poprzednio, jednym zdecydowanym ruchem schwytał jej wargi w swoje. Tym razem jednak złapał jeszcze koniuszkami palców podbródek kobiety, żeby przypadkiem nie wyrwała mu się tak szybko. Smakowała herbatą z cytryną i imbirem, a także czekoladą z karmelem. Smakowała po prostu słodko i wnet przekonał się, że wcale nie chciałby kończyć tego pocałunku. To spostrzeżenie tak go zaskoczyło, że paradoksalnie rozłączył ich wargi, choć Hermiona powoli zaczynała oddawać trwający jeszcze do niedawna pocałunek.
     - Nie rób tego – powiedziała po chwili, patrząc na niego z ukosa.
     - W porządku.
     Zapadła między nimi cisza. Hermiona odsunęła się powoli od Draco, opierając się całymi plecami o wysoko poukładane poduszki, a potem okryła się szczelniej kołdrą.
     - Daj spokój, nie masz nic, czego bym już nie widział – mruknął z rozbawieniem, jakby chciał rozładować napięcie, choć kto go tam wiedział. Jednocześnie rozsiadł się na krześle, zakładając ramiona na krzyż.
     - Daruj sobie – prychnęła, wywracając oczami. Nie miała piętnastu lat, żeby głupie żarciki przyprawiały ją o rumieńce na twarzy, ale tym razem czuła pewne skrępowanie jego obecnością i tym, że siedziała przed nim zaledwie w lekkiej, przewiewnej – jej babcia powiedziałaby: prześwitującej! – koszulce nocnej.
     - Po co przyszedłeś? – powtórzyła wcześniejsze pytanie, nie spuszczając wzroku z jego twarzy.
     - Spędzić z tobą romantyczny wieczór. Jesteśmy w końcu parą, prawda?
     - Nie jesteśmy – zaprzeczyła – ale jak już tutaj jesteś i poruszasz ten temat, proszę bardzo, wytłumacz, co było celem twojego przedstawienia, jakie odegrałeś przed Harrym.
     Patrzył na nią przez chwilę tak, jak gdyby odpowiedź na jej pytanie była co najmniej oczywista.
     - Jak wyjaśniłabyś mu moją częstą obecność w szpitalu albo u ciebie w domu po powrocie do niego?
     - Nie mam zamiaru zapraszać cię do swojego domu.
     - Może teraz nie, ale jeszcze trochę i będziesz prosiła, żebym był blisko ciebie.
     Hermiona, zupełnie zaskoczona tupetem Malfoya, wyprostowała plecy jeszcze bardziej i uniosła wysoko brwi.
     - Albo przejdziesz do sedna, albo możesz już iść.
     Mężczyzna milczał, jakby chciał ją przetestować, ale gdy kobieta po chwili złapała za czytaną wcześniej książkę i niemal straciła nim zainteresowanie, poddał się, wzdychając lekko.
     - W porządku, ale słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał.
     Kobieta odłożyła książkę i wbiła wzrok w gościa.
     - Część powodów, dla których przyszedłem właśnie do ciebie, już ci wyjaśniłem poprzednim razem, prawda? Prawda. Jak się pewnie domyślasz, o niektórych sprawach wiesz dobrze ty, a o innych – ja. Głupotą byłoby, gdybyśmy wciąż pracowali osobno, nie sądzisz? Wierz lub nie, naprawdę zależy mi na tym, żeby znaleźć tego gościa, wyrwać mu język i powiesić go na nim na drzewie, a potem obciąć…
     - Malfoy…
     Mężczyzna zamknął usta i lekko chrząknął, powstrzymując się przed zobrazowaniem kolejnych planów względem swojego prześladowcy.
     - Nieważne. To jeden powód. Drugim jest podejrzenie moje i Marcusa, ale bardziej moje, że grozi ci niebezpieczeństwo, a ja bardzo nie chciałbym, żeby coś ci się stało.
     - Za późno – odpowiedziała sucho.
     - To akurat wina Łasica, a nie moja.
     - Nieważne. Wróć do punktu o niebezpieczeństwie i go rozwiń, inaczej nici z twoich planów. Poza tym, chyba nie powiesz mi, że ci na mnie zależy? Bo się jeszcze wzruszę…
     Malfoy prychnął, wywracając oczami.
     - Nie. Jesteś moim kluczem do wolności. Wyobraź sobie sytuację, gdybym poszedł do Pottera ze swoją historią. Jak tylko usłyszałby „To ja, Draco Malfoy….” na pewno by się nie patyczkował i z miejsca wysłałby mnie do Azkabanu. Dlatego nie chcę, żeby coś ci się stało, ot, cała historia.
     - Wróćmy do meritum – pogoniła, jak gdyby nie było poprzedniej uwagi. Nie wiedziała, czy to irytacja, czy lekki żal, ale na myśl, że znowu liczy się dla kogoś tylko dlatego, że jest mu do czegoś potrzebna, coś ścisnęło ją w środku i dokuczało przez dobrą chwilę. 
     - Pomyśl – zasugerował. – Rozłożony atak większej grupy śmierciożerców na dwie najpopularniejsze magiczne, niemal zawsze zatłoczone ulice w Anglii, zmuszenie was do podziału na grupy, osłabienie. I po co?
     Hermiona zastanowiła się chwilę. No właśnie, po co? Śmierciożercy nic na tym nie zyskali, ba! Kilku z nich wpadło w ręce aurorów, inni zostali w taki czy inny sposób zidentyfikowani.
     - Nie mam pojęcia – przyznała wreszcie.
     Draco machnął ręką.
     - Też nie mam konkretnej i jedynej tezy, ale możliwe, że chcieli odwrócić waszą uwagę od czegoś innego. Pracowaliście ostatnio nad czymś większym?
     - Nawet gdybym mogła, to bym ci nie powiedziała – prychnęła.
     - Czyli nie – wywnioskował, cmokając lekko. – Nieważne, później się nad tym zastanowię. Druga sprawa, to fakt, że zdemaskowałaś jednego z nich, a do tego złapałaś jego syna. Jak myślisz, co planuje w odwecie?
     Hermiona poczuła się wyjątkowo niepewnie pod czujnym, ale jednocześnie jakby drwiącym spojrzeniem Malfoya, które na niej spoczęło. Niemal jak dziecko… Zaraz. Dziecko!
     - Libby? – wyszeptała. 
     Draco potaknął, wzruszając lekko ramionami.
     - Oko za oko, ząb za ząb, co nie? Dodaj do tego jeszcze parę fajerwerków. Spokojnie, twoje lwiątko jest bezpieczne u Potterów.
     - Skąd wiesz, gdzie ona jest?
     - Jesteś przewidująca jak ćma lecąca do światła – zakpił, wzdychając. 
     Przysiadł ponownie na krześle i oparł brodę na ręce, a tę z kolei w łokciu o kolano. Przyjrzał się uważnie Hermionie – tej, która nigdy nie okazywała strachu, tej chodzącej odwadze i ujrzał czyste przerażenie powoli ogarniające jej ciało. Baby, pomyślał z nutą zniecierpliwienia. Złapał Granger za podbródek, skupiając tym samym uwagę kobiety na swojej osobie, jednocześnie odwracając ją od zamiaru wstania z łóżka i pobiegnięcia do Potterów w piżamie.
     - Umowa jest taka – zaczął spokojnie. – Pomagasz mi rozwiązać sprawę albo chociaż pozwolisz mi pomóc sobie w jej rozwiązaniu, w efekcie dajesz mi wolność, a ja postaram się zapewnić bezpieczeństwo tobie i temu małemu kołtunowi zarówno w trakcie, jak i po całym śledztwie. Przez jakiś czas.
     Minęła krótka chwila, a Draco mógł sobie wyobrazić, jak śrubki i różne pokrętła rozpoczęły pracę w mózgu Granger. Niemal to słyszał! Widząc wreszcie na twarzy kobiety tak dobrze znaną mu zaciętość, wywrócił oczami.
     - Nie potrafisz zadbać o własny tyłek, a chcesz dbać o mój i mojej córki? Byłabym najgorszą matką na świecie, zgadzając się na taki układ – prychnęła wściekle. – Idź, schowaj się w swojej norze na kolejne lata i nie pokazuj mi się na oczy. Daj mi po prostu święty spokój, wcale nie potrzebuję twojej pomocy. 
     O ile początek wypowiedzi był wojowniczy i godny podziwu, o tyle końcówka przyprawiała o poprawę humoru, bo połączona z jękami i stękami, gdy kobieta zaczęła się przewracać na brzuch. Było już późno, a ona z założenia dawno powinna już spać, toteż leki w pewnym stopniu przestawały działać.
     - Właśnie widzę – zakpił i zaczął bez pośpiechu grzebać w kieszeni spodni. Obszedł równie powoli szpitalne łóżko i stanął z jego drugiej strony, by Hermiona mogła go widzieć. Postawił na stoliku, tuż obok czytanej przedtem książki, niedużą fiolkę z rubinowym eliksirem.
     - Czym chcesz mnie otruć? – spytała sucho. – Dobrze wiesz, że nic od ciebie nie wezmę.
     - Jak dziecko – skwitował. – Mówiłem już, jesteś moim kluczem do wolności, byłbym idiotą, gdybym sam się go siebie pozbawił. Naprawdę sądziłaś, że ktoś z Hogwartu, kto z założenia powinien brzydzić się Czarną Magią, uwarzy antidotum na najbardziej podłe zaklęcia czarnomgiczne? Naiwna.
     - Co to jest? – spytała ponownie, nieufna. Draco jednak odniósł wrażenie, że była po prostu zmęczona tym wszystkim – śledztwem, śmierciożercami, ranami, nawet nim! W pewnym stopniu mógł ją zrozumieć.
     - Lekarstwo, Granger, lekarstwo. Jeśli odważysz się wypić, rany na twoich plecach zasklepią się. Przed tym jednak będziesz chorować trzy dni i trzy noce. Będziesz miała wrażenie, jakby ktoś rzucił cię prosto w ogień, a żadne tutejsze leki ci nie pomogą, przykro mi. Potem jednak poczujesz się jak nowonarodzona. To chyba w gruncie rzeczy lepsze, niż czekanie w nieskończoność na antidotum, które nie nadejdzie.
     - Dlaczego mi to mówisz? Dlaczego mi pomagasz, mimo że wyraźnie powiedziałam, że nie chcę twojej pomocy?
     - Żebyś potem nie miała pretensji, że nie ostrzegałem. Śpij dobrze, Granger. 


     Hermiona myślała, że trafiła do piekła, którego obraz znała z wielu książek i opowieści wierzących mugoli, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Wrzące półki skalne, ozory ognia wokół i ten gorąc buchający prosto w twarz. Każdy ruch, mrugnięcie powieką, a nawet oddech – miała wrażenie, jakby to wszystko przyczyniało się do jeszcze większego bólu. Ogień trawił jej ciało z każdą sekundą coraz bardziej, a ona już niemal do końca poddała się czystemu obłędowi.
     Pamiętała, że bardzo długo zastanawiała się nad zażyciem tego, co przyniósł jej Malfoy. To był w końcu Malfoy, ale to, co mówił, miało sens. Nie otrułby jej. A ona, leżąca w szpitalu i nie mogąca się ruszyć bez wcześniejszego wzięcia leków, była bezużyteczna. Jemu też zależało na tym, żeby doszła do siebie i to jak najszybciej. Sama więc wlała sobie do gardła zawartość fiolki, a tę wyrzuciła przez uchylone okno zaraz po tym, by nikt nie dowiedział się, co wiedziała i skąd to miała. Jakby to wyjaśniła? Prawdy powiedzieć by nie mogła, a jeśli eliksir naprawdę miałby zadziałać, wmówi lekarzom, że tak najwyraźniej przebiega ta klątwa.
     Potem pamiętała tylko ból. Nie wiedziała, czy krzyczała czy wiła się dziko w łóżku, czy płakała – mimo że była cały czas przytomna, straciła zupełnie świadomość tego, co działo się wokół niej. Nie widziała wokół ani spanikowanych lekarzy, ani całej tej bieganiny. Nie miała pojęcia, że ktoś unieruchomił jej ręce i nogi magicznymi linami, bo w szale drapała się paznokciami do krwi. Ani że w pewnym momencie pojawił się przerażony Harry, który niemal zrobił podobne piekło, ale lekarzom i personelowi szpitala. Gdy minęła kolejna godzina, a dzień przemienił się w ponury wieczór, wrócił, bezradny, do domu. Nie czuła łez spływających po twarzy. Nie czuła prawie nic innego oprócz bólu i czegoś jeszcze – dziwnej świadomości, że mimo wszystko nie jest w pokoju sama.
     Chciała tylko umrzeć.
     Gdy do świadomości Hermiony przedarły się pierwsze oślepiające promienie słońca, czuła się słaba, obolała i całkowicie wycieńczona. Szybko jednak uzmysłowiła sobie, że te paskudne trzy dni i trzy noce, o których wspominał Malfoy, musiały minąć, bo zamiast liżących ją ozorów ognia widziała swój szpitalny pokój. Zapłakała z ulgi, że wreszcie nadszedł koniec.
     - Gotowa do działania?
     Cichy głos, w którym przebrzmiewały rozbawione nuty, zadźwięczał w pustym pokoju, niczym uderzająca o siebie stal. Hermiona mimo to nawet nie drgnęła, zbyt zmęczona. Gość, którego się już spodziewała, nie zrobił na niej tym razem żadnego wrażenia. Resztkami siły odwróciła głowę, przytulając policzek do mokrej od łez poduszki.
     - Myślałam, że wyolbrzymiasz.
     Białe zęby mężczyzny błysnęły w rozbawionym uśmiechu. Parsknął, prychnął, ale najwyraźniej nie chciał się do końca roześmiać. To nie w jego stylu.
     - Malfoyowie nie wyolbrzymiają. A teraz zbieraj się do kupy i znikamy stąd.
     - Nie możemy tak po prostu zniknąć – mruknęła sennie, zupełnie osłabiona. – Jak to w ogóle możliwe, że jeszcze nikt z wyjątkiem Harry’ego cię tutaj nie widział?
     - Zaklęcie oddalające. Każdy z uzdrowicieli jest święcie przekonany, że już cię odwiedził co najmniej milion razy tego ranka. 
     Albo mu się wydawało, albo poranione od zagryzania usta Hermiony wykrzywiły się w lekkim, zmęczonym uśmiechu. Nim zdążył się znowu odezwać, kobieta już spała, tym razem spokojnym i cichym snem. Nie pozostało mu więc nic innego, jak kolejny raz siedzenie nieopodal jej łóżka i przyglądanie się pogrążonej w śnie twarzy. Przez ostatnie trzy noce robił to już nawet pod swoją własną postacią, nie chcąc marnować eliksiru wielosokowego. Naprawdę wątpił, żeby ktokolwiek spoza szpitala nagle wpadł i zerwał jego zaklęcia. W końcu więc mógł oddychać swoimi własnymi ustami, a nie Marcusa. Zastanawiał się, czy gdyby pocałował Granger… czy byłoby tak samo, jak wtedy czy jakoś inaczej? 
Draco uśmiechnął się półgębkiem, przesuwając wierzchem palca po swojej dolnej wardze z delikatnym zaciekawieniem, które towarzyszyło mu przez resztę poranka.

6 komentarzy:

  1. Świetny rozdział i mam nadzieję, że kolejny dodasz jak najszybciej! :D
    Uwielbiam twoje opowiadanie, niebanalna fabuła, zachowane charaktery wszystkich bohaterów, niesamowity styl.
    Podoba mi się też twoja Hermiona. Myślę, że w roli aurora sprawdza się świetnie. Jest silna, mądra, nie poddaje się.
    Swoją drogą, jest to jeden z moich ulubionych (jak nie ulubiony) rozdziałów na tym blogu. Cieszę się, że Hermiona zaczyna ufać Draconowi i zgadza się na współpracę.
    To czekam na kolejny rozdział z niecierpliwością i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo miło mi czytać te słowa :) Staram się jak mogę, choć patrząc wstecz, parę scen rozegrałabym inaczej, ale czasu nie cofniemy! Cieszę się, że Ci się podoba :)

      Usuń
  2. Cudowny wpis ❤ czekam na dalsze losy tej cudnej dwójki ;')

    OdpowiedzUsuń
  3. Czekam! Błagań dodaj szybciutko kolejny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
  4. Mówisz, masz :) 15 już jest, pachnąca i świeżutka!

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspaniale, że Hermiona dochodzi do siebie. Teraz wszystko się zacznie. Mają z Malfoyem przed sobą nie lada wyzwanie. Nie daje mi spokoju, kto tak bardzo chce mu zniszczyć życie. Nie dowiemy się tego zapewne szybko, ale to nawet lepiej. Twoje opowiadanie jest naprawdę wciągające i czytanie go sprawia ogromną przyjemność. Ten mroczny i tajemniczy klimat, najlepsze co może być.
    http://dramione-demons-of-the-past.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

- +